Road trip 2019 część pierwsza – południowa Kanada – British Columbia i Alberta


Load More


Pierwszą część relacji poświęcamy na południową część Kanady. Niestety mogliśmy tam spędzić tylko tydzień, ale to wystarczyło by zapragnąć wrócić na dłużej. Południowa Kanada zachwyca ilością zieleni, wysokimi górami i przede wszystkim ludźmi. Ludzie tutaj są niesamowicie serdeczni, przyjaźni i pomocni. Przy każdej okazji zagadywali do nas pytając gdzie jedziemy, jaki jest nasz plan, oraz wskazywali najciekawsze miejsca w okolicy.

Nasza trasa obejmowała południową część British Columbia i południowo- zachodnią część Alberty. 

Samolotem na drugi koniec świata

Do Seattle dotarliśmy bez problemów. Wszystkie loty były o czasie, a bagaże dotarły razem z nami. Dolecieliśmy z dwoma przesiadkami: pierwszą w Dublinie, drugą w Reykjaviku. Do Dublina dolecieliśmy Ryanair’em. Airbusy Ryan’a nie należą do najwygodniejszych, ale dwie godziny lotu da się wytrzymać. Dotarliśmy do Dublina nieco po północy, więc czekała nas noc na lotnisku. Niestety wszystkie najlepsze sofy na terminalu były już pozajmowane. Została nam podłoga, która też okupowana była przez dużą ilość ludzi czekających na poranne loty. Po kilku godzinach obudziliśmy się z odrętwiałymi biodrami ledwo zdolni do wyprostowania się, gdy lotnisko zaczęło się zapełniać i robiło się głośno. 

Linie lotnicze Icelandair – pozytywne zaskoczenie

Kolejna część trasy obsługiwana była przez linie lotnicze Icelandair. To nasz pierwszy lot liniami z Islandii i musimy przyznać, że jesteśmy miło zaskoczeni. Siatka połączeń z i do Reykjaviku jest ogromna. Na lotnisku w stolicy Islandii obok naszego lotu do Seattle w przeciągu godziny było kilkanaście różnych lotów do USA, w tym do mało popularnych miejsc typu Kansas City, Nashville czy Tucson. Daje to nam dużo możliwości na przyszłość. Samolot, którym lecieliśmy to Airbus 757 czyli po ludzku – trochę większy od Ryanair’ów, ale wciąż jedynie z dwoma rzędami po 3 fotele. Posiłki nie są zapewnione ale można zakupić na miejscu. Zaś z napojów bezalkoholowych, poduszek, koców i z rozrywki na wyświetlaczach można korzystać do woli.

Icelandair to ciekawy wybór. Nie jest to typowa linia niskobudżetowa, więc można doświadczyć minimum komfortu. Bogata siatka połączeń zachęca do skorzystania z tego przewoźnika w przyszłości, a przesiadka w KEF na Islandii powoduje, że loty nie dłużą się w nieskończoność.

Washington – evergreen state

Lądując w Seattle już z powietrza zaskoczył nas widok wszechobecnej zieleni. Drzewa dosłownie były wszędzie. Seattle wyglądało jak miasto połączone z lasem. Budynki mieszkalne i bloki przeplatały się z drzewkami, choinkami, skwerkami zieleni.

Samochód zabookowaliśmy w Hertz, dzwoniąc na infolinię w Polsce. Było dużo taniej niż online, na wszystkie pytania nam odpowiedziano, a wszystkie warunki były jasne i przejrzyste. Na miejscu okazało się, że za dołączenie do programu lojalnościowego dostaliśmy darmowego drugiego kierowcę oraz darmowy upgrade samochodu. Trafił nam się bardzo przyzwoity Jeep Grand Cheeroke. Zapowiadało się nieźle ! 

Kupiliśmy jeszcze starter pre-paid w T-mobile za $50 na miesiąc. Przy zakupie na dwa miesiące dostaliśmy w gratisie smartfona, który służy nam jako router i navi. Wszystko poszło zgodnie z planem i ruszyliśmy zobaczyć jak wygląda południowa Kanada.

Południowa Kanada

Drogi w Kanadzie

Poruszanie się po Kanadzie należy do przyjemności. Drogi są kilkupasmowe, szerokie, a wszyscy jadą podobną prędkością. Choć speed limit nie jest aż tak przestrzegany przez kierowców jak w USA. Odległości między najbliższymi miastami wynoszą często po kilkadziesiąt kilometrów, a navi pokazuje komunikaty „jedź prosto przez najbliższe 650 km” albo „najbliższa stacja benzynowa za 200 km”. Odległości są ogromne. Całość jest wynagradzana przez piękne, malownicze widoki, drogi biegną między klifami, a zielone szczyty gór chowają się w chmurach.

Na niektórych odcinkach podjazdy i zjazdy sięgają 10% nachylenia. W związku z tym jest wymóg posiadania łańcuchów i zimowych opon od października do kwietnia. Na podjazdach skrajne pasy zajmowane są przez ciągnące się na awaryjnych światłach wielkie truck’i, które z pełnym załadunkiem ledwo są w stanie wjechać. Na zjazdach co kilkaset metrów znajdują się małe zatoczki. W zimie usypywane są tam wielkie hałdy śniegu wymieszanego z piaskiem, by w razie utraty kontroli nad ciężarówką w trakcie zjazdu kierowca mógł wjechać w tę górę śniegu i się zatrzymać bez taranowania pozostałych aut. 

Zdradliwa pogoda

Ciężko nam sobie wyobrazić te mroźne zimy w BC czy Albercie, tym bardziej, że jak wjechaliśmy do Vancouver było  35’C i żadnej chmury na niebie. Jednak przyjaciele, których odwiedziliśmy w BC mieszkają w Kanadzie już wiele lat i uzmysłowili nam, że zimy z temperaturami po -30’C to standard. 

Po Vancouver niestety pogoda dość się popsuła. Gdy dojechaliśmy do Banff National Park temperatura spadła do 10’C i zaczęło padać. Jednak prognozy pogody nie sprawdzały się w stu procentach (zapowiadali burze i ulewy przez całe dnie), a pogoda zmieniała się co 20 minut. Najpierw pięknie świeciło słońce by po dwudziestu minutach było urwanie chmury by po kolejnym kwadransie można było niemalże się opalać.

W nocy na kempingach w Banff i Waterton Lakes oscylowała między 5 a 7’C. Ale przeżyliśmy, ba, nawet ani razu nie budziliśmy się z zimna. Dlaczego? Ano dlatego, że najlepszym zakupem na tym tripie póki co okazuje się nasza puchowa kołdra kupiona w Walmart’cie za $15. 

Atrakcje w BC i Alberta

Podczas planowania tripu zamysł był taki, żeby południowa Kanada była dodatkiem do USA. Chcieliśmy przekroczyć północną granicę Stanów głównie po to, by odwiedzić znajomych w Kelownie. Postanowiliśmy tam spędzić tylko tydzień, czyli tak o dwa tygodnie za mało. Zorientowaliśmy się dopiero jak piękne miejsca kryją British Columbia i Alberta podczas planowania, ale było już za późno by modyfikować plan. 

Pierwszym punktem było Vancouver. Największe miasto BC i okolice – North Vancouver, Richmond, Vancouver Island to ciekawe miejsca by spędzić kilka dni. Spędziliśmy aktywnie połowę jednego dnia wchodząc na Grouse Mountain, gdzie na szczycie podziwialiśmy sierociniec niedźwiedzi oraz pokaz drwali. 

Dwa niedźwiedzie o imionach Coola i Grinder można było oglądać przez siatkę. Zachowywały się leniwie, chodziły tylko z miejsca na miejsce nie zwracając uwagi na ludzi. Gdyby nie ich imponujące gabaryty to w ogóle nie budziłyby respektu. 

Kilka słów o Grizzly i całym wildlife w Kanadzie

Generalnie temat niedźwiedzi w Kanadzie jest mocno rozpowszechniony. W każdym Parku Narodowym na pierwszych stronach ulotek ostrzegają przed wielkimi miśkami, mówią o tym jak się zachowywać jak spotka go face to face. Przy każdym kempingu rangerzy pouczają o konieczności chowania wszelkiego jedzenia, śmieci i resztek do samochodów i ostrzegają o tym, że niedźwiedzie przychodzą w nocy na pola namiotowe wabione przez zapachy jedzenia. W każdym parku oraz sklepach outdoorowych można kupić spray na niedźwiedzie, który należy rozpylić w razie bliższego spotkania misia. Koszt jedyne $50. Business is business. 

My żadnego niedźwiedzia nie widzieliśmy mimo, że usilnie wypatrywaliśmy.

Za to w Parkach Narodowych nie brakuje saren i jeleni, które urządzają sobie spacery wzdłuż dróg. Powodując to, że każdy azjatycki kierowca nagle staje na środku drogi wyciągając swój iPad by uchwycić ten widok na zdjęciu. Oczywiście przy tym paraliżując cały ruch samochodowy. 

Oprócz jeleni i saren jest bardzo dużo wiewiórek. Są to nieco inne wiewiórki niż te w Polsce, ponieważ są to wiewórki ziemne (Columbian ground squirrel). Różnią się też tym, że podchodzą ochoczo do ludzi prosząc zapewne o jedzenie. 

Według broszur parkowych można też spotkać świstaki, kojoty i łosie. My jednak nie mieliśmy okazji ich zobaczyć. 

Parki Narodowe w Alberta

Jadąc drogą nr 1 która łączy zachodnią Kanadę ze wschodnią przejeżdża się przez kilka Parków Narodowych. Podczas naszej drogi pogoda się bardzo popsuła. Mocno padał deszcz, a chmury zeszły bardzo nisko, przez co szczyty gór były niewidoczne więc widoki też nie zapierały tchu. Przejeżdżaliśmy przez piękne kanadyjskie Parki, np Glacier, Mt Revelstoke, Yoho, Kootenay i Banff. Niestety z powodu braku czasu i kiepskiej pogody zaliczyliśmy tylko sztandarowe punkty Parku Narodowego Banff czyli między innymi Lake Louise, Lake Moraine, Emerald Lake czy Minnewanka Lake – kultowe jeziora z turkusową wodą, otoczone ogromnymi górami. Robią one niesamowite wrażenie. 

Dalej pojechaliśmy do Waterton Lakes National Park of Canada. Dojechaliśmy w ulewie na pole namiotowe z wizją noclegu w aucie. Na szczęście jak to pogoda w Kanadzie bywa zmienna i kilkanaście minut później udało nam się rozłożyć namiot i spędzić noc na sucho. Kolejnego poranka o 7 rano przekroczyliśmy granicę z USA i udaliśmy się do chyba najbardziej wyczekanego Parku Narodowego czyli Glacier National Park w stanie Montana. 


Południowa Kanada jest niesamowita. Sprawia wrażenie dzikiej, nieodkrytej oraz ogromnej. Podjęliśmy decyzję o tym, że wrócimy do Alberty przy najbliższej okazji by poznać Parki Narodowe bliżej. 


Tymczasem pozdrawiamy z Montany, za kilka dni napiszemy dalszą relację z podróży.

Sprawdź też nasz fanpage na Facebook’u i Instagramie. Tam znajdziesz więcej relacji i zdjęć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.