Road Trip 2019 część trzecia – Colorado i Utah


Load More


Kolejna część naszego tripu obejmowała stany Kolorado i Utah. Po górzystych i nieco odludnionych terenach Kanady oraz odciętych od cywilizacji terenach Montany i Woming przyszedł czas na odrobinę luksusów czyli restauracji, moteli, dużych miast oraz ciągłego zasięgu w telefonie. Oczywiście dalej to wszystko poprzeplatane spaniem pod namiotami w Parkach Narodowych USA. W Kolorado byliśmy pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. W Utah byliśmy drugi raz i podobnie – wrócimy tu jeszcze. Ciągle nas coś zachwyca i żałujemy, że nie mamy gratisowego dnia w danym miejscu.

Słoneczne Kolorado

Kolorado to stan, w którym świeci słońce przez 300 dni w roku. Jadąc przez Kolorado ciągle towarzyszyły nam góry (oraz muzyka Country w radiu). Przez ukształtowanie terenu ludzie są bardzo aktywni. Dużo przestrzeni w miastach i okolicach jest przystosowane właśnie do aktywności fizycznych. W okolicach Colorado Springs trafiliśmy do dwóch otwartych, bezpłatnych i pięknych parków, które w Polsce prawdopodobnie uzyskałyby status parku narodowego. Mowa o Red Rock Canyon i Garden of the Gods. Mieszkańcy Kolorado latem mają do dyspozycji niezliczone mile szlaków pieszych i rowerowych, a zimą ogromne ilości kurortów narciarskich. To tutaj znajduje się przecież sławne na cały świat Aspen. W Colorado nie zobaczysz przez to tylu otyłych Amerykanów co w Nowym Jorku.

Welcome to colorful Colorado – tak głoszą tablice na wjeździe do stanu. Wyobrażam sobie jak piękne i kolorowe musi być Kolorado jesienią, gdy porośnięte drzewami góry będą się mienić w różnych odcieniach żółci i czerwieni.

W Kolorado, podobnie jak w Kalifornii, występuje też bardzo liberalne podejście do palenia marihuany. Zarówno w dużych miastach, na kempingach, nad jeziorem a nawet na szlakach – wszędzie co jakiś czas czuć specyficzny zapach palonych konopii, a miastach co chwile widoczny jest sklep o tajemniczej nazwie typu „Green Roots” lub „Liv Well” z zielonym krzyżem w logo. Wydaje nam się, że powszechny luz i brak pośpiechu u ludzi z Kolorado jest mocno powiązany z tą właśnie liberalnością.

Hipsterskie klimaty dużych miast

Byliśmy w dwóch dużych miastach czyli w Denver i Colorado Springs. Zauważyliśmy kilka rzeczy. Miasta zdominowane są przez młodych ludzi, wszędzie widać studentów zarówno za dnia jak i wieczorem. Prawie wszyscy też mają psy. Czworonogi towarzyszą ludziom w restauracjach, knajpach, na kempingach i na szlakach. Miski z wodą dla psów są obecne w każdym sklepie czy pubie. W Denver co chwile mijaliśmy browary rzemieślnicze, które oferowały wszystkie możliwe rodzaje piw. Znawcami nie jesteśmy ale te których próbowaliśmy były faktycznie dobre.

Jeśli chodzi o kwestię młodych ludzi to mieliśmy okazję zwiedzić U.S. Air Force Academy. Jest to jeden z lepszych College w Kolorado. Załapaliśmy się na wycieczkę, podczas której widzieliśmy jak wygląda życie studenckie od wewnątrz. A wygląda na prawdę przyzwoicie. Studenci mają mega możliwości rozwijania swoich talentów sportowych, artystycznych, naukowych, a nawet hakerskich. Aż zachciało się wrócić na studia…

Parki Narodowe w Kolorado

Góry i hike’i

W CO zobaczyliśmy trzy z czterech Parków Narodowych. Pierwszy był Rocky Mountain czyli park typowo hike’owy, w którym znajduje się ponad 350 mil szlaków pieszych. Zrobiliśmy tu długi, uroczy, urozmaicony szlak. Pod koniec towarzyszył nam świstak, który ochoczo sprawdzał podczas przystanku co mamy w plecaku. Świstaki wydawały nam się egzotyczne właśnie do tego dnia. W Yellowstone, o którym pisaliśmy tutaj, jak widzieliśmy świstaka z lornetki, gdy wskazał go nam ranger, to byliśmy mocno podekscytowani. W Rocky świstak dosłownie wchodził nam do plecaka gdy zatrzymaliśmy się by coś zjeść, a potem śledził nas przez kilkadziesiąt metrów. Niby tylko świstak, a niewielki niepokój wzbudzał.

Wjechaliśmy też na punkt widokowy na 3700m. Na takiej wysokości już da się odczuć braki tlenu w płucach. Mieliśmy do podejścia ok 100 metrów po schodach do punktu z pięknym widokiem. Czuliśmy się jakbyśmy zdobywali Mt Everest. Co kilka schodów musieliśmy przystanąć na kilka oddechów. Na szczęście nie byliśmy jedynymi, którym nie szło wchodzenie po schodach, więc przyczyną była jednoznacznie wysokość, a nie nasza dieta hamburgerowa i brak treningów w ostatnich tygodniach.

Piaszczyste wydmy

Drugim parkiem, który zobaczyliśmy to Great Sand Dunes. Ciekawe miejsce na pół dnia. Wielkie piaskowe wydmy obudziły w nas małe dzieci więc piasek we włosach mieliśmy przez kilka kolejnych dni. Duże dzieci też w nas się obudziły jak pojechaliśmy prymitywną nieubitą drogą wzdłuż piaskowych wydm, gdzie dzięki napędowi 4×4 i wysokiemu zawieszeniu udało nam się przejechać kilkanaście mil. Był fun ! Jednak wiało niesamowicie – w końcu ten piasek musiało tam nawiać. Spaliśmy na kempie, jednak podczas rozkładania namiotu prawie nam połamało stelaż. Zmieniliśmy miejsce na jakieś wolne w głębi pola namiotowego, by nad ranem dowiedzieć się od rangera, że zrobiliśmy to bez jego wiedzy i tym samym zajęliśmy dwa miejsca, oraz że to „federal crime”… Na szczęście nie poszliśmy za to siedzieć, nawet nie musieliśmy dopłacać. Amerykanie w Kolorado niby luźni, ale też potrafią brać rzeczy na serio, zbyt serio.

Starożytne pueblos

Do Mesa Verde wjechaliśmy po drodze do Utah. Spędziliśmy 4 godziny na objazdówce. Ciekawa sprawa jak kilkaset lat temu ludzie sobie radzili i budowali swoje „pueblos” w skałach, by chronić się przed zwierzyną i warunkami atmosferycznymi. Po powrocie będziemy musieli zgłębić temat bo nas to zainteresowało.

Góry, wszędzie góry

Góry są wszędzie dookoła. Mówiąc góry mamy na myśli wysokie góry z wierzchołkami na czterech tysiącach metrów. Poza Rocky Mountain NP, w górach Kolorado spędziliśmy kilka dni. Byliśmy w dwóch kurortach: Breckenridge i Aspen. Zamarzyliśmy o feriach zimowych w Kolorado. Wiedzieliśmy, że Aspen do tanich nie należy, ale byliśmy w szoku gdy spojrzeliśmy na ceny hoteli. Na tydzień w marcu dla dwóch osób w najtańszym, średnim hotelu dalej od centrum wołali od 1000zł/dzień. Przesada. Trzeba będzie wybrać Zakopane albo Białkę Tatrzańską.

Niezłą atrakcją jest sama jazda autem po krętych, górskich drogach. W drodze do Aspen w kilku miejscach robi się wąsko, tak, że dwa samochody się nie zmieszczą. Wjazdy na przełęcze też są ciekawe, a numer jeden to wjazdy na czterotysięczniki. Można wjechać na Mt Evans i Pikes Peak. Oba mają powyżej 4300 m.n.p.m., droga jest kręta, pełna kóz i świstaków, a widok z samej góry zapierający. Panorama 360′ na góry i miasta w oddali. Tlenu też brakuje, człowiek szybko się męczy i dyszy jak po solidnej przebieżce.

Szybko, bo zamkną !

Z Mesa Verde odbiliśmy na południe by zobaczyć Four Corners Monument. Google pokazywało, że zamykają o 19. Wierzyć nam się nie chciało, że pomnik jest zamykany o 19 więc bez naginania przepisów jechaliśmy w stronę miejsca, w którym Kolorado, Nowy Meksyk, Arizona i Utah łączą się pod kątem prostym. Dojechaliśmy o 19:05, bramy zamknięte, wielki napis głoszący, że zamknięte, oraz znudzony Indianin pilnujący bramy. Jednak pomnik też może zostać zamykany na noc. Nie zgłębialiśmy tematu ale znając przedsiębiorczość Indian Navajo to pewnie kręcą na tym miejscu całkiem niezły biznes.

Mexican Hat, Monument Valley, oraz kilka słów o Indianach Navajo

Główną atrakcją na pograniczu stanów Arizona i Utah miało być znane i lubiane Monument Valley. Imponujące ostańce robią wrażenie na każdym zdjęciu czy w filmach np. Forrest Gump, czy też w kultowych westernach.

„So, this is where God put the West” – John Wayne

Monument Valley faktycznie jest piękne. Ostańce są majestatyczne i piękne, droga pomiędzy nimi to fajna rozrywka, a bije wszystko The View: kamping, hotel i domki z widokiem na monumenty. Widok szczególnie o wschodzie i zachodzie słońca powala na kolana.

Jednak mieszane uczucia wzbudza w nas to co robią z naturą Indianie Navajo. Monument Valley powoli robi się jak kanion Antylopy. Wszędzie Indianie oferują guided tours swoimi odpicowanymi pick-up’ami. A jeśli nie tour to może chociaż przejażdżka na koniu. A jak nie przejażdżka na koniu to chociaż zdjęcie na koniu za $5. Pomijając, że do uprzejmości rangerów znanej nam z Parków Narodowych USA Indianom bardzo daleko.

W okolicach Mexican Hat Indianie Navajo mają mały, nieodkryty skarb. Mowa o Valley of the Gods oraz pięknej drodze Moki Dugway. Dolina Bogów wygląda jak takie kameralne, dzikie Monument Valley. A droga Moki Dugway, pomimo, że osławiona jest jako straszna, ciężka i wyeksponowana droga terenowa, to w rzeczywistości jest jako faktycznie droga całkiem wyeksponowana, przez to piękna, ale można ją przejechać Mustangiem. W cale nie trzeba wysokiej terenówki pokroju Wranglera. Co innego droga przez Valley of the Gods. Tutaj by przejechać te kilkanaście mil bez obawy o wyrwanie miski olejowej to potrzeba nieco wyższego auta, choćby suv’a. Dolina Bogów jest piękna. Podczas naszego przejazdu minęliśmy może pięć aut. Stawiam, że prędzej czy później Indianie Navajo zorientują się jaką dochodową atrakcję można z tego zrobić.

Utah część pierwsza czyli łuki i kaniony

Mamy sporo (jak na nasz trip) dni w Utah bo równe dziesięć. Pierwsze trzy i pół spędziliśmy w okolicach Moab czyli miasteczka, które jest świetną bazą wypadową do dwóch cudownych parków: Canyonlands i Arches.

Jeśli temperatura jest dla Ciebie przeszkodą to nie jedź do Moab. Tutaj codziennie słupek rtęci dochodził do 40’C, a o 7 słońce budziło nas w namiocie powodując uczucie smażenia.

Czy wielki oznacza najlepszy?

Mimo to, Canyonlands trafi do ścisłego top naszego subiektywnego rankingu Parków Narodowych USA. Kanion jest ogromny, a przy tym dostępny dla turysty. Można zejść w dół kanionu, zjechać piękną drogą Shafer Trail lub White Rim Road dojechać do samej rzeki Kolorado lub obkrążyć Island In The Sky (160 km off road’u). Z każdej z trzech części parku Canyonlands można by było zrobić trzy oddzielne parki narodowe. To taka perełka. Urocza i niedoceniona.

Ale szczerze, to pod wieloma względami bije Grand Canyon na głowę. Ale nie wszyscy o tym jeszcze wiedzą.

Łuki delikatne i te mniej delikatne

Z kolei Arches to prężnie działający park. Do Delicate Arch lub Landscape Arch idzie się jak w procesji, a do zdjęć z ikoną parku Arches jak i całego stanu Utah czyli do wspomnianego Łuku Delikatnego ustawiają się kolejki.

Jednak dla nas największą atrakcją było coś a’la ekstremalna wersja gry „podchody” w Fiery Furnace czyli labiryncie ze skał, w którym nie ma wytyczonej ścieżki, tylko się chodzi i eksploruje teren. Często trafialiśmy w ślepe zaułki, lub też droga urywała się nagle i przed nami była tylko przepaść i trzeba było wracać i kombinować. Zabawa świetna, byłaby jeszcze lepsza gdyby nie 40’C.

Bezchmurne niebo nocą nad Moab stwarza możliwość wpatrywania się w gwiazdy przez godziny. Mieliśmy możliwość uczestniczenia w wykładzie kobiety z NASA, która opowiadała o teleskopie James Webb (taki Hubble tylko lepszy i większy), który wkrótce ( marzec 2021r.) zostanie wysłany w kosmos. Potem oglądaliśmy konstelacje i niebo przez teleskopy.

To be continued…

Jesteśmy właśnie w drodze do Capitol Reef NP, potem dalej na zachód.

Minęła połowa podróży, a już mamy ponad 3 tys zrobionych zdjęć i prawie 4h filmów na GoPro. Licznik wskazuje 8225 km przejechanych.


Jedziemy dalej, a Ciebie zachęcamy do śledzenia nas na Facebook’u, Instagramie i do zapisania się do Newslettera.

Do usłyszenia wkrótce!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.