Road Trip 2019 część piąta – Kalifornia, Oregon i Waszyngton


Load More


Na naszym tripie krajobrazy i pogoda zmieniały się niesamowicie. W Kanadzie było zimno, deszczowo, po horyzont było widać góry. Dalej w Wyoming czy też w Kolorado góry były przeplatane wielkimi równinami, za to było gorąco i słonecznie. Utah czy Nevada to równiny i pustynie z temperaturami sięgającymi 40’C. Oregon i Waszyngton? Znów co innego. Przez kilka dni, które spędziliśmy na wybrzeżu prawie codziennie padało, wilgoć była na jakimś niesamowitym poziomie, temperatura jesienna rzędu 15’C, a od czasu do czasu gdzieś się przebiło słońce.

Jeżeli dodamy do tego wszechobecną zieleń, piękne klify i skały na brzegu oceanu, codzienne poranne mgły, nadające magicznego, tajemniczego charakteru, to mamy przepis na klasyczny Oregon Coast.

Oregon i Kalifornia

Oba stany wrzucimy do jednego worka, ponieważ przez Cali najpierw tylko przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów, kilka razy przekroczyliśmy tabliczkę będąc w South Lake Tahoe, oraz spędziliśmy kilka dni w Redwood National Park, który znajduje się przy samej granicy ze stanem Oregon.

Największym błędem w planowaniu naszego tripu było niedocenienie wybrzeża. Planowaliśmy spędzić tu łącznie 3 dni, z czego dwa w Redwood, i jeden w Cannon Beach. Na szczęście w miarę szybko się przekonaliśmy o uroku miejsc, które ciągną się wzdłuż drogi US-1. Nim było za późno podjęliśmy decyzję – kosztem Waszyngtonu zostajemy w Oregonie przez ponad tydzień.

I wiecie co? To była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć. A do Waszyngtonu pojedziemy na osobny wyjazd.

Najbardziej niebieski Crater Lake i okolice

Zanim jednak opowiemy Ci o wybrzeżu, musimy wspomnieć o jedynym parku narodowym w stanie Oregon – Crater Lake National Park.

Najgłębsze jezioro w USA, które charakteryzuje się niesamowitym niebieskim kolorem, zmienną pogodą i zimną wodą. Niestety połowa września czyli termin naszej wizyty w Crater Lake oznaczał już koniec sezonu turystycznego i nie można było skorzystać z jednej z głównych atrakcji czyli rejsu po jeziorze.

Nasza wizyta ograniczyła się do kilku punktów widokowych, kilku hike’ów na punkty widokowe i w dół do brzegu jeziora, oraz objechanie jeziora dookoła. Z każdej perspektywy jezioro wygląda trochę inaczej. Nas zachwycił najbardziej kolor, który był tak intensywny, jakby ktoś podkręcił w photoshopie. Cudowna sprawa.

Dalej pojechaliśmy do Umpqua Hot Springs by się wygrzać w gorących źródłach. Niby ciekawa atrakcja, aczkolwiek spędziliśmy tam tylko chwilę. Zapach siarkowodoru (przypominający nasz pobyt w Yellowstone) nieco przeszkadzał w relaksie.

Kraina wielkich drzew – Redwood

Do Redwood dojeżdżaliśmy po zmroku. Wjeżdżając od północnej strony nagle drzewa zaczęły robić się coraz większe, a pnie coraz grubsze. Droga w niektórych miejscach musiała robić dziwne łuki bo nagle gdzieś wyrastało ogromne drzewo. Dodatkowo otaczająca nas noc oraz brak samochodów i jakiejkolwiek cywilizacji przez kilkadziesiąt km powodował taki mały niepokój wymieszany z ciekawością i zachwytem. Gdzie my jesteśmy? To jakaś wersja Zakazanego Lasu ?

Rano na kempingu w Redwood obudziliśmy się cali mokrzy. Buty, które zostawiliśmy na zewnątrz były całkowicie wilgotne, a z namiotu skraplała się woda. Wilgotność była na poziomie pewnie 90%.

Mgła robiła swoje w kreowaniu mistycznych, tajemniczych obrazów. Zrobiliśmy kilka krótkich szlaków: zarówno tych w lesie, wzdłuż rzeki czy wzdłuż brzegu oceanu. Redwood jest całkiem zróżnicowany.

Uznaliśmy, że jeśli tak ma wyglądać całe wybrzeże to zostajemy tu dłużej.

Droga Oregon 101

101 czyli ciągnąca się od Samuel H. Boardman Corridor do Astorii droga będąca przedłużeniem sławnej Pacific Coast Highway (drogi między LA i SF)w Kalifornii.

Klimat w stanie Oregon jest dość specyficzny. Ocean Spokojny daje ciepło, a jednocześnie powoduje, że pada tu 150-180 dni w roku – czyli statystycznie co drugi dzień. Na wybrzeżu byliśmy 3 dni. W pierwszy i trzeci dzień lało jak z cebra, drugiego było piękne słońce.

Deszcz nie przeszkodził nam w zwiedzaniu i w robieniu kilkukilometrowych hike’ów i cieszenia się wybrzeżem. Szlak God’s Thumb w okolicy Lincoln City został naszym faworytem. Świetną atrakcją było też obserwowanie fok i wielorybów na Cape Arago State Park przy Coos Bay, oraz jeżdżenie po plaży autem i oglądanie zachodów słońca bez wysiadania z samochodu przy Warrenton. Trzeba też wspomnieć o ogromnej ilości ładnych, małych State Parków wzdłuż wybrzeża. Każdy, w którym byliśmy oferował jakąś uroczą scenerię: plażę, klify czy latarnię morską.

Na temat Oregon Coast powstanie z pewnością osobny post – tak wiele jest tu do zobaczenia.

Portland i okolice

Jakaś część naszego miejskiego „ja” cieszyła się na myśl, że wreszcie – po około 3 tygodniach od Denver – będzie duże miasto. Mowa o Portland – największym mieście w OR. Zdecydowanie najfajniejszą atrakcją, z jaką się nie spotkaliśmy nigdzie indziej to…

Powell’s City of Books. Czyli ogromna, kilkupiętrowa, oldschool’owa księgarnia. Chyba każdą książkę współczesną jaka istnieje można tam znaleźć. Myśleliśmy, że tylko wejdziemy bo jesteśmy w okolicy, a spędziliśmy tam kilka godzin przeglądając i czytając najwymyślniejsze pozycje w literaturze amerykańskiej.

Poza tym Portland niczym szczególnym się nie wyróżnia. Może poza jakąś ogromną liczbą świrów wykrzykujących do siebie i obozowisk bezdomnych w okolicy downtown.

Za to w odległości godziny drogi od Portland znajdują się dwa fajne miejsca: Silver Falls State Park, w którym idzie się kilka kilometrów mijając aż 10 wodospadów. Świetna pozycja na pół dnia. Drugie miejsce to Mt Hood i wodospady na południowej stronie rzeki Kolumbia. Najsławniejszy z nich to Multnomah Falls, wysoki i piękny, jednak jak dla mnie zbyt komercyjny (sklepy, stragany, hotel i restauracja w pobliżu), tym samym pozbawiony swojego dzikiego uroku.

Seattle, Waszyngton

Tak jak wspomnieliśmy wcześniej, w Waszyngtonie zobaczyliśmy tylko Seattle, kosztem spędzenia większej ilości czasu w stanie Oregon. Planujemy wrócić do Waszyngtonu może za dwa lata, bo czekają na nas do zobaczenia takie rzeczy jak Mt Rainer NP, Olympic NP czy North Cascades NP.

Seattle wzbudziło naszą sympatię. Ładne punkty widokowe, z których można podziwiać downtown. Ciekawe atrakcje jak Muzeum Popkultury, Space Needle, Public Market. Wszechobecny kult kawy, bo przecież stąd wywodzi się Starbucks. W każdym momencie będąc w centrum gdy pomyśleliśmy o kawie to mieliśmy gdzieś w zasięgu wzroku Starbucks’a. No i rzecz jasna kult sportu. Oglądamy i śledzimy rozgrywki NFL od kilku lat i wreszcie mogliśmy pójść na mecz Seahawks.

Poza tym jak w każdym dużym mieście ilość bezdomnych i świrów jest ogromna. Choć są oni nieszkodliwi, to my jako turyści z Europy nieprzyzwyczajeni do ich obecności czuliśmy się trochę nieswojo.

Podsumowując…

Nasz trip dobiegł końca. Niemal 2 miesiące zleciały w mgnieniu oka. Wszystko poszło zgodnie z planem, bez nieprzyjemnych i nieprzewidzianych wydarzeń. Wróciliśmy z Seattle do Polski z dwoma przesiadkami, planowo bez opóźnień, z rozwaloną w transporcie walizką. Ale nie ma to żadnego znaczenia na tle tego co przeżyliśmy.

Za to kochamy USA. Za tę niespotykaną w Europie naturę, za luz i chęć pomocy Amerykanów. Czujemy się tam dobrze i już niedługo wrócimy zobaczyć i eksplorować więcej.


Nasz trip – fakty i liczby

  • przejechane 13 520 km,
  • czas spędzony w aucie 242,5h,
  • byliśmy w 11 stanach USA i 2 prowincjach Kanady,
  • odwiedziliśmy 18 Parków Narodowych USA i Kanady,
  • zwiedziliśmy tylko 4 duże miasta (takie powyżej 200 tys mieszkańców),
  • wróciliśmy ciężsi o łącznie ponad 10kg (nie o bagaż chodzi),
  • nie możemy już patrzeć na hamburgery, pizze i inne fastfood’y

Teraz zaczniemy opisywać po kolei wszystkie ciekawsze miejsca w formie mini-przewodników. Mamy nadzieję, że komuś przydadzą się te wskazówki i informacje w planowaniu własnych podróży do USA.

Jak masz pytania, pisz śmiało – zawsze pomożemy. Pamiętaj by sprawdzić nasz Facebook i Instagram. Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.