Road Trip 2019 część czwarta – Utah i Nevada


Load More


Stan Utah pod względem natury i związanej z nią turystyki przebija wszystkie stany. Rocznie przybywa tu prawie 10 mln turystów z całego świata by zobaczyć wielką piątkę Parków Narodowych Utah, parki stanowe czy też zabytki narodowe. Nic dziwnego, bo natura oferuje tu tak zróżnicowane krajobrazy, że każdy znajdzie coś co pokocha. My nie stanowimy wyjątku. Prawie wszystko nam się podobało, ale jedna rzecz wywołała nasz największy zachwyt. Nie będziemy zdrać wszystkiego od razu, opiszemy wszystko w dalszej części postu.

Mighty Five of Utah

Pięć wielkich Parków Narodowych Utah czyli Arches, Canyonlands, Capitol Reef, Bryce Canyon i Zion. Wszystkie pięć mięliśmy okazję zobaczyć podczas naszego pobytu w Utah. Arches i Canyonlands opisaliśmy w poprzednim poście.

Capitol Reef i Moonscape Overlook

Z całej piątki Capitol Reef faktycznie gdzieś tam pozostaje w cieniu. Zaplanowaliśmy na niego jeden dzień i to wystarczyło w zupełności by zapoznać się z parkiem. Nie spotkamy tu nic szczególnego jeśli chodzi o naturę, może jedynie poza ogrodami, w których można zerwać sobie owoce i zostawić symbolicznego dolara w skrzynce. Reszta już była: Spacery w kanionie, piękne góry, jeden łuk skalny. Mimo, że wszystko piękne, to jednak trochę już powtórka z rozywki. 

Większą atrakcję stanowiła droga między Moab a Fruita. Jadąc do miejsca docelowego kilkanaście mil za Hanksville nagle krajobraz zaczyna się drastycznie zmieniać. Ciemne, wręcz miejscami czarne wzgórza, kratery w ziemi pełne szarego żwiru, dziwnie pofalowany teren… To wszystko sprawiało wrażenie, że znaleźliśmy się gdzieś w kosmosie. Zaciekawieni tym zjawiskiem zboczyliśmy z głównej drogi w stronę mega dziwnego wzgórza, które wyrasta samotnie z ziemi i wygląda bardzo niepokojąco. Mowa o Factory Butte. Okazało się, że okolice Factory Butte to dobry teren na off-road, więc nie mogliśmy nie skorzystać. Dopiero później zaciekawieni tematem odkryliśmy, że to miejsce to dość popularny teren turystyczny, który znany jest pod nazwą Moonscape Overlook. Nazwa mówi sama za siebie.

Capitol Reef jest najmniej docenionym parkiem w Utah, i słusznie. Ładny, przyjemny, ale nie powala na kolana. Za to okolice Hanksville i cała droga dojazdowa do parku od strony wschodniej zaskakuje, wzbudza pewien niepokój i jednocześnie fascynuje.

Grand Staircase Escalante – region dzikich hike’ów w Utah

US-12 czyli droga, prowadząca od okolic Capitol Reef niemal do Zion, okrzyknięta jest najpiękniejszą drogą w USA, a drugą najpiękniejszą na świecie. Nie wiem jaki to i jak bardzo aktualny rakning, ale wszędzie tak dumnie głosiły napisy. Więc spodziewaliśmy się fajerwerków. 

Jasne, ładne widoki, ciekawe tunele, kształtujące się w rózne ciekawe formacje piaskowce. Miło dla oka, ale czy pod jakimkolwiek względem US-12 jest naj-? Ciężko powiedzieć.  

W miejscowości Escalante weszliśmy do Visitor Center, dostaliśmy permit na spanie w Grand Staircase. Podczas rozmowy z Rangerem uzyskaliśmy informacje na temat interesujących nas szlaków czyli Peek-a-boo i Spooky – dwa piękne kaniony szczelinowe, oraz o Jacob Hamblin Arch – łuku który znajduje się na dnie kanionu Coyote Glutch. Z ust rangera nie padło ani razu słowo „trudny”, „niebezpieczny” czy też „wymagający”. Nawet gdy zapytaliśmy wprost czy zejście do kanionu przy Jacob Hamblin jest skomplikowane bo czytaliśmy, że niektórzy zalecają liny, Ranger machnął ręką mówiąc, że jest maks 45’ nachylenia i żadnych lin nie potrzebujemy. Wspomniał jedynie, by uważać na drodze dojazdowej bo strzelają tam opony. Szczęśliwi i nieświadomi na co się piszemy ruszyliśmy drogą Hole-in-the-rock.

Slot Canyon’y Peek-a-boo i Spooky – pierwsze chwile grozy

Droga faktycznie kamienista, ale stosowaliśmy się do ograniczeń prędkości i obyło się bez niespodzianek. Dotarliśmy do pierwszego hike’u. Peek-a-boo był przepiękny, zachwycaliśmy się formacjami, które ukształtowała woda, czasem przeciskając się między ciasnymi zakrętami kanionu.

Drugi kanion, czyli kanion powrotny to Spooky. Zapowiadało się ciekawie, droga robiła się coraz węższa, a my szliśmy co raz niżej. W pewnym momencie droga się urywała. Za ostatnim głazem była przepaść na kilka metrów. Cofneliśmy się kawałek i zauważyliśmy zejście o szerokości może pół metra. Wypatrzyliśmy ślady innych ludzi pod głazami i stwierdziliśmy, że idziemy w dół. Wymagało to zejścia na rozpór (a w zasadzie zeskoczenia) około dwa metry w pionie. Poszło sprawnie, choć z wejściem już byłby problem. 

Szliśmy dalej, końca nie było widać, robiło się zimno, ciemno i ciasno. Miejscami nie mieliśmy miejsca by położyć wzdłuż stopę, a klatka piersiowa mieściła się „na styk”. Lekko zaczęliśmy wątpić w słuszność naszej trasy… Zawrócenie byłoby problematyczne, bo wejść w górę na miejsce z którego zeskoczyliśmy, byłoby wyzwaniem. Mapa zaś pokazywała około sto metrów do końca kanionu. Podjęliśmy decyzje by iść dalej, choć niepewność rosła z każdym krokiem. Szczęśliwie po kilkudziesięciu kolejnych metrach Spooky zaczął się rozszerzać a my zobaczyliśmy światło. Takie światełko w tunelu. Wyszliśmy z kanionu, ale co przeżyliśmy w głowach to nasze. 

Btw, sprawdziliśmy w słowniku. Spooky – ang. straszny, upiorny. Bardzo, bardzo adekwatna nazwa.

Jacob Hamblin Arch i Lower Calf Creek – drugie chwile grozy

Podczas planowania tripu wpadł nam w oczy dostojny, majestatyczny łuk – Jacob Hamblin Arch. Okazało się, że będziemy w pobliżu, więc postanowiliśmy zobaczyć go na własne oczy. 

Wcześnie rano zaparkowaliśmy przy wejściu na szlak i ruszyliśmy. Po około godzinie szlak zaczął dość mocno schodzić w dół. Nagle ścieżki nie było, pozostały tylko kamienie i głazy, a potem już gładkie płyty skalne, co jakiś czas z odstrzelonymi półkami na kilka centymetrów. Faktycznie tak jak Ranger mówił – 45’ nachylenia, może więcej? Ale brak ewidentynch chwytów czy stopni w niektórych miejscach, gładkie płyty, brak asekuracji w postaci liny, buty podejściowe na nogach oraz wizja stoczenia się w dół przy jednym złym ruchu zmieniały postać rzeczy. Taka formacja miała z 20 metrów.

Spojrzeliśmy po sobie i stwierdziliśmy, że spróbujemy. Lina faktycznie byłaby na wagę złota i dodałaby pewności siebie przy tym zejściu, a później wejściu. Ale liny nie było więc musieliśmy sobie radzić. Jednak kilkuletnie doświadczenie we wspinaczce sportowej na coś się zdało. Każdy krok był ostrożny, przemyślany, zejście trwało dłuższą chwilę ale się udało! Byliśmy na dole. W pięknym kanionie, pełnym zwierzęcych śladów, pełnym zieleni, a od rana nie spotkaliśmy nikogo. Byliśmy zupełnie sami. Tylko my i nautura. Łuk okazał się majestatyczny jak na zdjęciach, a samo miejsce magiczne. Pozostało wejście drogą, którą zeszliśmy. Powoli, ale byliśmy coraz wyżej, by wreszcie stanąć w bezpiecznym miejscu i ruszyć w stronę parkingu. W drodze powrotnej spotkaliśmy dwóch turystów idących do Jacob Hamblin Arch. Oczywiście mieli linę przypiętą do plecaka…

Wspinaczka bez asekuracji to wymagający psychicznie sport. Jak ktoś z Was będzie się tam wybierał, wypożyczcie chociażby zwykłą linę statyczną w Escalante. Będzie mniej stresująco.

Po tym dość stresującym szlaku pojechaliśmy do klasycznego hike’u w okolicach Escalante czyli Lower Creek Falls. Idealne wytchnienie dla umysłu, szlak łatwy, przyjemny, zakończony pięknym wodospadem.

Bryce Canyon – mały wielki Park Narodowy Utah

Bryce jest kameralny, uroczy, idealny na rodzinną wycieczkę w jeden dzień. Odpowiedni by pojechać raz w życiu. Dojechaliśmy do pierwszego punktu – Sunrise Point – by pierwszy raz zobaczyć te sławne hoodoos, klasyczny widok z Bryce Canyon. Pierwszy efekt – wow ! Ma to nawet swoją nazwę – jest to Bryce Moment. Pierwsze spojrzenie na te niesamowite formacje u każdego wywoła efekt wow. Po prostu jest tak zaskakujący, dziwny i wyjątkowy. 

Zion – po raz drugi

Zion odwiedziliśmy rok temu, podczas naszego poprzedniego road tripu. Wtedy mieliśmy jeden dzień, czyli zdecydowanie za mało, by nacieszyć się parkiem. 

Kilka miesięcy temu braliśmy udział w loterii na pozwolenie na wejście do Subway czyli pięknego szlaku w zachodniej części Zion, Utah, zakończonego kanionem w kształcie tuby. Permitu nie udało się wylosować – dziennie jest od kilkuset do kilku tysięcy zgłoszeń, a dostępnych jest 80 permitów na dzień. Pierwszego dnia poszliśmy do Visitor Center spróbować szczęscia. Szczęście nam dopisało, okazało się, że ktoś anulował permit i są dwa wolne na kolejny dzień. Ale fart ! 

Szlak Subway (Left Fork Trailhead) ? Zobaczcie sami. Cud natury. Jeden z najlepszych szlaków jakie w życiu zrobiliśmy. Mnóstwo zieleni, piękne wodospady kaskadowe, kanion w kształcie tuby z głębokimi, kolorowymi oczkami wodnymi, a to wszystko otoczone czerwonymi piaskowcami. Lepiej być nie mogło. Nawet Narrows, Angels Landing, czy Kanarraville Falls, które zrobiliśmy podczas odwiedzin w Zion, choć piękne to nie mogą się równać do Subway. 

Angels Landing było piękne. Narrows to coś innego, też ciekawego. Kanarraville też robi wrażenie, ale to właśnie Subway skradł nasze serca.

Przez Nevadę do Californii

Natura w Utah jest cudowna, przystępna dla człowieka, magiczna. Kochamy naturę, ale te 10 dni długich hike’ów, spania w namiocie, ciągłego niedospania potrafi być męczące. Stwierdziliśmy, że omijamy Park Narodowy Great Basin, Nevada, i gratisowy dzień spędzimy w Lake Tahoe. Przyda nam się chwila odpoczynku na wakacjach.

Lake Tahoe i Reno

Pojechaliśmy do Tahoe odpocząć. To był strzał w 10. Wzięliśmy sobie w bardzo dobrej cenie hotel Hard Rock z kasynem, siłownią i basenem. Mogliśmy wreszcie się poruszać, zrelaksować i odpocząć jak normalni ludzie na wakacjach. Samo South Lake Tahoe jest urocze. Taka typowa miejscowość wakacyjna: mnóstwo knajp, wszędzie dookoła sklepy z pamiątkami i ceny mocno turystyczne. Jest też gondola, którą można wjechać na szczyt góry i zobaczyć Lake Tahoe z góry, ale stwierdziliśmy, że $52/os to przesada i za rok wejdziemy na górę szlakiem.

Pojechaliśmy do polecanego Secret Cove na wschodniej części jeziora. Ale urocze miejsce ! Zatoka schowana w skałach z krystalicznie czystą wodą, dość chłodną ale można było się wykąpać. Po relaksującym dniu udaliśmy się do Reno, NV.

Reno to takie „Las Vegas wanna be”. Widać chęć przyciągnięcia turystów wielkimi neonami, kasynami i atrakcjami. Zrobiliśmy wieczorny spacer po centrum. Totalnie bez szału. Poza kilkoma kasynami i wielkim łukiem z napisem miasta, to nie ma tam co robić. Szkoda czasu. Trzeba było zostać w Lake Tahoe jeden dzień więcej.

To be continued…

Dalej ruszamy przez Kalifornię do Oregonu, potem Waszyngton. Jeszcze dwa intensywne tygodnie. Będziemy odkrywać nieodkryte dla nas tereny. Zapowiada się mnóstwo wysokich drzew, zieleni, wodospadów, a potem wracamy w góry. 


Kończąc ten wpis mamy na liczniku 10 260 km, 179 godzin spędzonych w naszym ulubionym Jeep Grand Cherokee, i kilka kilogramów więcej na wadze. 

Pamiętaj by śledzić nas na Facebook i Instagram. Warto też zapisać się do Newsletter. Do usłyszenia !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.